Cele. Wszyscy nas uczą, że aby coś osiągnąć, trzeba wyznaczać sobie konkretne, mierzalne, ambitne i określone w czasie cele. No i konsekwentnie do nich dążyć. No i słusznie. Teoretycznie. Bo jakoś w praktyce obserwuję, że nie jest z tym tak łatwo.

Cele powinny być nasze, wypływać z naszej osobowości i możliwości. Tylko w ilu sytuacjach, potem, w życiu, tak naprawdę realizujemy je sami?

Praktycznie w większości aktywności życiowych funkcjonujemy w jakichś ekosystemach, na które składa się więcej osób niż tylko my. Dom rodzinny, szkoła, potem związek, praca na etacie czy własny biznes – nasze cele stają się elementem większej całości, większego ekosystemu, do którego wchodzą też inni. Ze swoimi potrzebami, marzeniami, celami. Które mogą być całkowicie inne niż nasze własne. W kilkuletniej już pracy coachingowej widzę, że to wtedy zaczyna się problem i realne wyzwania, które życie stawia przed nami. Podporządkować się innym, walczyć o to, co czujemy, nawet gdy inni mają na nas swój własny pomysł?

To jest właśnie ten moment, gdy motywacja wewnętrzna spotyka motywację zewnętrzną i zaczynają się negocjacje…

Ostatnio oglądałam fenomenalny film dokumentalny pod tytułem „Tancerz”. O karierze baletowej Siergieja Połunina. Jeden z najwybitniejszych tancerzy wszechczasów, od 4 roku życia trenował intensywnie na Ukrainie, aż w wieku 19 lat stał się najmłodszym w historii solistą londyńskiego baletu królewskiego. Kiedy miał 22 lata był u szczytu swojej kariery. Bilety na jego przedstawienia sprzedawały się z dwuletnim wyprzedzeniem, a on sam osiągnął w swoim zawodzie absolutne mistrzostwo.

I co? I wtedy odszedł. Z dnia na dzień rzucił balet. Stracił poczucie celu, poczucie sensu, stracił motywację. Jak to możliwe? W filmie on sam wyjaśnia, że chciał osiągnąć mistrzostwo dla rodziny. Jego najbliżsi bardzo wcześnie rozpierzchli się po świecie, żeby zarabiać pieniądze na jego wykształcenie. Mama na Ukrainie, ojciec w Portugalii, babcia dorabiała gdzieś w Grecji, a on jako nastolatek dostał się do prestiżowej królewskiej szkoły baletowej  i zamieszkał sam w Londynie, nie znając kompletnie angielskiego. Był tam najlepszy! Ćwiczył dwa razy tyle co inni. Bo marzył o tym, żeby osiągnąć sukces i dzięki temu zjednoczyć rodzinę. Nie udało się. Rodzicie się rozwiedli, rodzina już nigdy ponownie nie była razem. Wtedy stracił poczucie sensu. Przestało mu się chcieć. Przestał widzieć cel. A nowego, ważnego tylko dla niego, nie był w stanie znaleźć.

To jest dramatyczny i spektakularny przykład tego, jaką cenę płacimy za życie motywowane zewnętrznie.

Ja też  w bardzo młodym wieku zaczęłam ćwiczyć. Jako 6-latka zaczęłam chodzić do szkoły muzycznej. Kiedy koleżanki po szkole zostawały pograć w gumę, ja biegłam na zajęcia popołudniowe do drugiej szkoły – lekcje fortepianu, chór, teoria muzyki i żmudne ćwiczenia w domu. Tylko jedno popołudnie w  tygodniu miałam wolne. I tak przez kolejnych 7 lat. Ale moje doświadczenia były dokładnie odwrotne od doświadczeń Siergieja, pod każdym względem. Zaczynając od tego, że on miał talent, a ja nie :))

Ja miałam szczęście, że osoby, które wtedy mnie otaczały, powściągnęły swoje oczekiwania i zamysły na moją karierę pianistki i podążały za mną. Nie ja za nimi. Moja mama przez cały czas powtarzała mi to, co ja dzisiaj powtarzam swoim dzieciom: chodzisz tam dla siebie i tak długo, jak sama tego chcesz. Mój nauczyciel fortepianu, bardzo doświadczony i mądry profesor pozwalał mi uczyć się na „trójkach”, bo wielokrotnie mu mówiłam, że nie mam potrzeby być prymuską. Chciałam obcować z muzyką klasyczną, chciałam obcować z emocjami i uczuciami, które ona przekazuje. Nigdy nie chciałam być pianistką, nawet przez moment.

Do końca życia będę pamiętać postawę mojej mamy, kiedy rok przed ukończeniem szkoły muzycznej miałam potężny kryzys i płakałam przez 3 dni, że mam dość, że już nigdy więcej tam nie pójdę, że koniec. Mimo, że mama przez ostatnich 6 lat odprowadzała mnie na każdej zajęcia i cierpliwie czekała na korytarzu, gdy ja miałam lekcje, nigdy nie przerzuciła tego argumentu na mnie. Bo ja dla Ciebie tyle…to Ty teraz musisz…Zamiast tego omówiła ze mną wszystkie plusy i minusy decyzji, którą chciałam właśnie podjąć, a potem powiedziała: ochłoń, pomyśl. Za kilka dni podejmij decyzję,  a ja uszanuję jakąkolwiek podejmiesz. Miała wtedy zaledwie 12 lat. Zostałam w szkole, ukończyłam ją, oczywiście na „trójach”. I dzisiaj, z perspektywy czasu wiem, że moment, w którym odbierałam dyplom ukończenia Państwowej Szkoły Muzycznej I stopnia w klasie fortepianu był momentem, w którym zbudowały się fundamenty mojej odpowiedzialności, poczucia własnej wartości, wiary we własnej siły i wybory, i niebywałej satysfakcji, którą wtedy czułam. To już nigdy nie zniknęło i wszystko, co osiągnęłam potem, zarówno w życiu zawodowym, jak i prywatnym, swoje korzenie ma w dużej mierze w tym doświadczeniu.

Motywacja zewnętrzna mojej mamy i profesora fortepianu podążyły za moją motywacją wewnętrzną, ucząc, wspierając, ukierunkowując, ale nie wywołując presji w kierunkach, w których ja nie chciałam.

Dwa doświadczenia. Dwie zupełnie inne historie. Dwa studia przypadku, z których weź proszę tyle ile potrzebujesz dla siebie.

Ja wierzę, że motywacja zewnętrzna powinna być w służbie motywacji wewnętrznej. Nigdy na odwrót. 

Wierzę, że tylko my wiemy, co dla nas dobre i nikt, żadnymi najmądrzejszymi słowami czy metodami nie uruchomi w nas tak silnej i długotrwałej motywacji, którą może uruchomić tylko nasze serce.

Za to pokochałam właśnie coaching i wykonywanie profili motywacyjnych moim klientom. Bo pomaga wydobyć na światło dzienne to, co samemu trudno nam czasem zauważyć czy jednoznacznie nazwać. Jeśli i Ty jesteś gotowa / gotowy, aby poznać swój indywidualny kod motywacyjny, napisz do mnie maila na kontakt@codzienniezmotywowana.pl.

iTunes – Android – RSS – pobierz mp3